Wczoraj wróciłem z krótkiego i intensywnego wypadu do Dubaju i Kuala Lumpur. Och, jedzenie tamże (KL), mają wyborne. Perfekcyjna mieszanka kuchni malajskiej, chińskiej, wietnamskiej i hinduskiej – noodles, makarony, ryż i chilli. Można cały dzień nie wychodzić w garkuchni.

Jestem w przeciągu wyjazdów. Zdążyłem już zapomnieć o kulinarnych bachanaliach z ostatniego tygodnia (cztery dni nieustannej jazdy po cypryjskich tawernach – szczegóły wkrótce na Onecie) i jeszcze bez gorączki podróżnej przed powrotem do stolicy klubów fado i nieustającej saudade. Mam chwilę czasu, aby wrócić do rejonów w kuchni mi najbliższych. Z lekka przymuszony do przygotowania „czegokolwiek” na niedzielny obiad, sięgnąłem po tajskie receptury.

Najprostsze rzeczy są najlepsze, najlepsze przepisy wychodzą spontanicznie, bez wielogodzinnych przygotowań, celebrowania przepisów i chwili. Oto przepis na tajską sałatkę z mango, marchewką i kolendrą.

Towarzystwo opróżnia kolejne butelki prosecco z łatwością, z jaką przez lata Gigi Buffon czy Walter Zenga strzegli bramki „azzurrich”. Czy wynik dzisiejszego meczu mógłby być inny? Piwo przegrało z kulturą wina, zasłużenie.

Redaktor A. poprosiła o podanie przepisu na kolację walentynkową. Ok, sensowne i łatwo dostępne afrodyzjaki to m.in: szparagi (trzeba poczekać do maja/czerwca), banan (o rly?), ostrygi (come on! nie takie znów łatwo dostępne), awokado (akurat nie mam) i chilli (mam, chyba tylko czosnku używam częściej w kuchni). Będzie więc chilli – mam nadzieję, że po użyciu zabawa w sypialni będzie równie ostra :D